Wczoraj ustanowiłem swój rekord dobowy, rower trekingowy na kołach 28". Poprzedni rekord sprzed dwóch tygodni był przypadkowy, podczas powrotu z Bieszczad z sakwami wylądowałem około godziny 18 w centrum łodzi a trudno tam o nocleg na dziko wiec wyszło 205 km. Zauważyłem jednak wtedy że jest potencjał i trzeba się będzie wybrać na 24h bez obciążenia.
Wybrałem sobotę, w piątek wieczorem wszystko naszykowałem, ubrania spakowałem do małej sakwy. Budzik pierwotnie nastawiłem na 5:00 żeby wyjechać o 6:00, ale po 5 minutach w łóżku przesunąłem go na 4:20 dzięki czemu o 5:00 wyjechałem z domu Michałów Reginów pod Legionowem. Na śniadanie 3 jajka i serek topiony. Rano było na prawdę rześko, 10*C. Po 15 km zdjąłem rękawiczki aby po następnych 5 ponownie je założyć. Ominąłem Warszawę jadąc przez Zielonkę i Wesołą, (kierowałem się na Puławy) po drodze zjadłem dwa pączki. Za Zakrętem (trasa na Lublin) była duża mgła, na szczecie jest tam szeroko.
W Garwolinie byłem około godziny 9, miałem na liczniku 83 km, średnia prędkość wyszła mi 23 km/h, wiatr wiał lekko z boku. Zjadłem dużego kebaba, posiedziałem około 30 minut i ruszyłem dalej. Było na tyle ciepło że zdjąłem kurtkę. Na chwile zatrzymałem się przed Rykami aby się napić i wiadomo co

po chwili ruszyłem dalej aż do drogi wojewódzkiej 824. Przed Puławami miałem dylemat jak jechać myślałem że jest tam tylko jeden most przez Wisłę, więc jechałem tak jak znaki kierowały na Radom, tak oto wylądowałem na obwodnicy Puław gdzie jak można się domyśleć mamy zakaz jazdy rowerem

Przez 12 km miałem obawy czy nie będzie jechała policja co skończy się mandatem, pobocze było szerokie a ruch mały. Obok była droga serwisowa ale z doświadczenia wiem ze potrafią się kończyć w polu. Wiatr miałem lekki z tyłu więc średnia prędkość wyszła około 28 km/h. W Zwoleniu postanowiłem kupić coś do jedzenia w biedronce, pączek, lajon i "napój energetyczny"

po chwili znowu byłem na trasie.
Już przed Radomiem miałem ładny pokaz z uwagi na Air Show. W Samym Radomiu (214 km) trochę błądziłem żeby trafić do centrum, w końcu się udało. Całkiem ładnie, nie wiem czemu te miasto ma taką złą opinię. Po 20 minutach odpoczynku ruszyłem pod lekki wiatr na Jastrzębia, Głowaczów aż do Warki (267 km). Na tym odcinku miałem pierwszy lekki kryzys. W Warce udało mi się najeść kebabem (sory za te kebaby

) i kupić w biedronce te "napoje energetyczne" które ostatecznie wcale nie były takie dobre. Raczej działają na zasadzie efektu placebo. Wcześniej wypiłem już 3 L napojów izotonicznych w proszku które dosypywałem do wody. Z Warki wyjechałem po około 50 minutach, tam tez był praktycznie mój ostatni porządny posiłek, co było moim błędem. Była już godzina około 19, poczułem chłód i założyłem bluzę.
Szybko dojechałem do drogi krajowej 79 gdzie był spory ruch, wąsko, sporo tez dziur. Na szczęście bezpiecznie udało się dojechać do Piaseczna (305 km), ucieszyłem się bo było około 21 a ja miałem już sporo kilometrów, optymistycznie spojrzałem na 400 km, niestety przedwcześnie. Z Piaseczna droga do Warszawy była 3-4 pasmowa, oświetlona, po drodze kilka odcinków ścieżek rowerowych.
Około godziny 22 byłem na krakowskim przedmieściu z wynikiem 325 km. Pomyślałem ze może uda się coś ponad 400 km zrobić. ruszyłem na Nowy Dwór Mazowiecki trasą którą nigdy nie jechałem przez Łomianki, średnia prędkość spadła do 20 km/h. Za Warszawą popełniłem (nieświadomie) błąd. Zdecydowałem się jechać drogą serwisową, był zakaz na jezdni i panowały tam ciemności. Droga skończyła się w polu, musiałem przedostać się na druga stronę i dalej jechać w ciemności. Tymczasem równolegle do tej drogi biegła droga przez wioski oświetlona. Zrobiło się zimno, była 23:30, założyłem kurtkę, rękawiczki, czapkę, ochraniacze termiczne na buty. Nie spociłem się co oznacza ze za późno się ubrałem, pewnie ze zmęczenia ciężko było mi ocenić sytuację.
O północy byłem w Nowym Dworze, z wynikiem 361 km. To moja okolica i wiedziałem że od domu dzieli mnie 20 km, ale chciałem dobić do 400. Nie miałem pojęcia jak dam radę przejechać brakujące kilometry. Chciało mi się wymiotować, czułem się otępiały. Po 10 minutach ruszyłem na Jabłonnę. Jadąc przez las zgasiłem oświetlenie, to był piękny widok kiedy księżyc oświetlał pusta drogę. W Jabłonnie o 1 w nocy udało mi się kupić dużego hoddoga na stacji benzynowej, niestety jadłem go na siłę

czułem się coraz gorzej. Wiedziałem że aby wykręcić odpowiedni dystans muszę jechać na Nieporęt, zaczynałem odliczać każde 100 metrów na liczniku. Jadąc przez ciemny las nagle zauważyłem mężczyznę biegnącego środkiem drogi wojewódzkiej, którego chwile później omal nie potrącił samochód... niestety w nocy doszedł mi kolejny problem, mój licznik tak ma że potrafi się wyłączyć po dotknięciu i aby zaczął znowu działać trzeba nim lekko poruszyć. Nie jest to problem o ile widzimy wskazanie licznika, a w nocy jest ciemno.... tak miałem dwa razy w nocy... tym bardziej bolesne kiedy liczy się każdy metr.
Prędkość spadała do 15 km/h. bałem się że jadąc lekkim zygzakiem wpadnę po samochód. Postanowiłem nie robić już przerw bo w tym stanie i przy tej temperaturze nie odpocznę. Na ostatnich kilometrach jadąc nieoświetlona drogą krajową starałem się jechać blisko pobocza patrząc na białą linię i oma nie potrąciłem idącego poboczem mężczyzny. Jeszcze w okolicach domu wyszło mi że muszę pojechać lekko na około, już z prędkością 10 km/h bo szybciej nie mogłem. W końcu pod domem 2:40, 400 km, nie było radości tylko zmęczenie
