Nie mam doświadczenia w pisaniu relacji, postaram się jednak wnieść jakąś treść.
Na pewno odczucia każdego będą inne. Również wówczas jeszcze trwające ograniczenia pandemiczne miały wpływ na całokształt - czasem pozytywny (mało ludzi na szlaku i w pociągach), czasem negatywny (zamknięte zamki i gastronomia).
Pierwszy dzień był dla mnie najtrudniejszy. Sam początek przyjemny. Po Krakowie jechało się dobrze (mały ruch), pomimo że w ogóle nie znam miasta. Nie zwiedzałem Krakowa w ogóle bo nie wiedziałem jak się wyrobię z czasem. Początkowo miałem jechać wcześniejszym pociągiem ale wybrałem późniejszy, głownie z względu logistyki domowej. W Krakowie kupiłem jakiś chyba lokalny kołacz, później wodę na trasę w jakimś kiosku. Jeszcze w obrębie Krakowa zjadłem drugie śniadanie w parku.
Od tego momentu zaczęła się właściwa przygoda. Szlak oznaczony dobrze, jednak trzeba zwracać uwagę na znaki. Ja na początku kilka razy się zagapiłem (zwłaszcza jadąc z górki). Miałem wgrany ślad do Locusa, ale jechałem w przeciwnym kierunku niż został wyznaczony więc nie miałem włączonej nawigacji. Problemy zaczeły sie koła Balic. Pierwsze górki. I wydaje mi się, że to one dały mi w kość najbardziej. Miałem problem ze złapaniem tchu i opanowaniem kołatania serca. To wszystko na odcinku kilkuset metrów gdzie część górki prowadziłem rower (wcale nie nie było lżej prowadzić niż wjeżdżać). Przez głowe przebiegło zwątpienie i myśl o natychmiastowym powrocie do domu bo inaczej zawiozą mnie w karetce albo karawanie. Po chwili odpoczynku postanowiłem jednak pojechać kawałek dalej i zobaczyć jak będzie. No i jakoś poszło. Było ciężko, ale już nie tak jak na początku. Jakoś w środku dnia pojawił się ból pleców w dolnej części, natomiast o dziwo ramiona i dłonie nie bolały tak bardzo jak zwykle przy takich dystansach. Tyłek też dawał radę. Dopiero pod koniec dnia dotarło do mnie że ból pleców to może być ból nerek. Położyłem większy nacisk na picie. Również już na kampingu wypiłem więcej niż miałem ochotę. Spora część trasy tego dnia prowadziła lasami (zwłaszcza przed Krzeszowicami). Podjazdy były, ale już nie tak dotkliwe jak te pierwsze. Być może podchodziłem do nich w większą pokorą, albo po prostu robiłem to delikatniej. Pierwszy nocleg spędziłem w Rabsztynie. na podwórku będącym najbliżej zamku jest kamping (po prostu podwórko obok domu). Warunki średnie (jest jedna toaleta z malutka umywalką i połączona z prysznicem), ale wiele nie potrzeba a byłem tam sam. Koszt 25zł.
https://www.google.com/maps/place/Pole+Namiotowe/@50.300354,19.5950397,18z/data=!4m13!1m7!3m6!1s0x0:0x0!2zNTDCsDE1JzQ1LjQiTiAxOcKwMjgnNDAuNCJF!3b1!8m2!3d50.262612!4d19.47788!3m4!1s0x4716e3c9b07523ab:0x5e4c1fef852b1a0b!8m2!3d50.3004649!4d19.5959839Drugiego dnia było już lepiej ale szlak jakby trochę gorszy. Zdarzają się piaski, nie długie odcinki, ale uciążliwe. Miejscami jest kamieniście (spore i luźne kamienie) więc trzeba uważać na zjazdach (podjazdy też nieprzyjemne). Jest też odcinek "drogi" leśnej rozjeżdżony przez quady i inne pojazdy. Sucho, ale dziury o głębokości do kilkudziesięciu cm i trudno znaleźć optymalny tor jazdy. To wszystko jeszcze przed Smoleniem w górach Bydlińskich (gdzie to jest najwyższy punk szlaku). Później już jest lepiej. A skoro najwyższy punkt za mną to już wiem, że teraz będzie już tylko lepiej.
Drugiego dnia przejechałem najkrótszy dystans. Tak mi po prostu wyszło, bo z jakiegoś powodu zaplanowałem nocleg w Podlesicach. Pewnie dlatego, że początkowo planowałem jazdę z Częstochowy i Podlesice były w optymalnej odległości od Częstochowy.
Nocleg w Gościńcu Jurajskim
http://www.gosciniecjurajski.pl/pole-namiotoweDuże pole namiotowe ale brak ławek czy stolików. Jest tylko jedna wielka wiata. Duże toalety, możliwość wykupienia śniadania (nie skorzystałem bo śniadania podawano od 9:00 a ja wyjechałem ok 7:30). W toaletach denerwujące prysznice na przycisk (po naciśnięciu woda leci ok 5 sek). Ponieważ dystans był krótki i wyjechałem z Rabsztyna dość wcześnie to drugi dzień skończył się przed 15-tą. Resztę dnia po prostu się regenerowałem (nogi już bolały). Poczytałem książkę. Sprawdzałem godziny pociągów powrotnych z Częstochowy.
Trzeci dzień, jak już pisałem wcześniej, zacząłem ok 7:30. Mogłem ruszyć tak wcześnie ponieważ nie jadałem śniadania (sklep w pobliżu pola namiotowego był tragicznie zaopatrzony). Postanowiłem, że po drodze na pewno znajdę sklep i wtedy zjem. Stety - niestety, sklepu nie znalazłem, ale jechało się znakomicie. Długie zjazdy, prawie sam asfalt pod kołami. Fajne ścieżki asfaltowe przez las. Super. Głód nie doskwierał więc jechałem. Zjadłem trochę obwarzanek (obwarzanków?) odpustowych, które zabrałem z domu bo akurat w niedziele przed wyjazdem był na naszej parafii odpust (już kolejny raz obwarzanki świetnie mi się sprawdziły jako doskonała przekąska na rower). Zakupy zrobiłem dopiero przed Zrębicami i postanowiłem, że śniadanie zjem w pięknych okolicznościach zamku w Olsztynie. No i tutaj popełniłem mały błąd w planowaniu i obliczeniach. Było dopiero kilka minut po 10 jak się zbliżałem do Olsztyna. Pamiętałem, że Olsztyn to już prawie Częstochowa a pociąg mam o 12:44. Skoro tak, to mam mnóstwo czasu. I tak po długim śniadaniu i odpoczynku spojrzałem na zegarek (11:35) i na mapę (do Częstochowy 19km). Wyszło że średnia musi być 20km/h żebym zdążył na pociąg. Na dworzec dotarłem na 4 min przed odjazdem pociągu. W Łodzi z dworca do domu miałem jeszcze ok 17 km. Tego dnia wyszło mi w sumie 92km (110km to mój rekord i to na lekko i po płaskim) i miałem jeszcze duży zapas sił.
Podsumowując.
Szlak fajny. Miejscami bardzo ładny. Z drugiej strony to nie jest tak, że jechałem i co chwila było och i ach. Skałek nie spotyka się co chwila tylko max kilka razy dziennie. Czasem widać je, ale nie są tuz przy szlaku. Ot po prostu jazda od wsi do wsi i czasem zamek, albo fajny odcinek przez las, albo pomiędzy polami. Pod względem estetycznym chyba wole Suwalszczyznę i okolice Augustowa.
Na pewno warto pojechać na Jurę. Może kiedyś wrócę na ten szlak. Już traktując go mniej jako wyzwanie, a bardziej jako bazę dla okolicznych szlaków. Może bez sakw, a tylko na lekko. W woj. śląskim widać było kilka innych szlaków, którymi można się pokręcić po okolicy i tam też infrastruktura rowerowa jest lepsza.
Informacje praktyczne:
Nawierzchnia: piasku mało, ale się zdarza; większośc trasy to asfalt i dobry szuter.
Podjazdy: początek pierwszego dnia dał popalić, później jakby już lepiej co nie znaczy, że łagodnie. Kilka razy musiałem jechać na najlżejszym przełożeniu (22 na korbie i 34 na kasecie). Czasem jadąc z górki zastanawiałem się czy dałbym radę podjechać jadąc w przeciwnym kierunku.
Kierunek jazdy: wyruszyłem z Krakowa ze względu prognozy dotyczące wiatr. Miało wiać z południa i tak było. Nie czułem wiatru czyli jechałem z wiatrem. Polecam ten sposób planowania.
Noclegi: są pola namiotowe, jest dużo agroturystki (zapewne z powodu restrykcji dużo z nich nie przyjmowało gości), ale nie wszędzie. Tutaj znosu widać przewage woj. śląskiego. Na pewno da się znaleźć dużo miejsc do biwakowania na dziko (trzeba pamiętać o zapasie wody). Jest sporo miejscowości po drodze, w których nie ma żadnego sklepu lub nie ma go przy szlaku.
Ślady:
https://ridewithgps.com/users/1037902