Ale zanim, to o zimie będzie.
Dokłądniej o zimie przełomu lat 1828/29, która była preludium do najbardziej niszczycielskiej powodzi w dziejach Gdańska.
Zima zaczęła się w listopadzie 1828. W drugiej połowie grudnia (dokładnie 18-28 grudnia) doszło do gwałtownych i obfitych deszczów w górnym i środkowym biegu Wisły. Stan wód podniósł się znacząco przy jednoczesnych mrozach w biegu dolnym. 30 grudnia mrozy osiągnęły temperaturę -30 stopni.
Gwałtowność oziębienia była tak wielka, że na Zatoce Gdańskiej zamarzła falująca tafla wody. Po Wiśle można było chodzić, zresztą po Zatoce również – aż do Płw. Helskiego. Nastąpiła seria bardzo niskich temperatur i obfitych śniegów. Wtedy jeszcze nikt się nie przejmował, bo nie była to pierwsza taka zima, ale z czasem zaczęły płynąć pierwsze sygnały zaniepokojenia od strony mieszkańców Żuław.
Najstarsi mieszkańcy pamiętali skutki zapchania lodem koryta Wisły w roku 1784 i 1786. Przez cały ten okres od ok. 1784 do 1830 trwało tzw. minimum Daltona, czyli mała epoka lodowa. Zresztą Karol X Gustaw ze swoimi podbojami też trafił na minimum, ale Maundera. Nie brakuje głosów dzisiaj, że współczesne ocieplenie to nic innego, jak wychodzenie z epoki lodowej, która trwa od średniowiecza (mniej więcej 1300 rok). W skali wieku Wszechświata 700 lat to naprawdę mało.
Wracając jednak do zimy 1828/29, to spokojnie można było przejechać Zatokę Botnicką z Finlandii do Sztokholmu. Pokrywa lodu na Wiśle przekraczała 95 cm, dochodząc nawet 1,20 m. Do 26 marca można było ją przekraczać ciężkimi wozami, a po Zalewie Wiślanym jeździć do połowy kwietnia.
Najpierw ocieplenie ogarnęło górny bieg Wisły. 21 marca w okolicy Krakowa ruszyły pierwsze lody. 26 marca na Dolnej Wiśle nastąpiły ulewne deszcze, ale pokrywa lodu jeszcze 1 kwietnia dochodziła do jednego metra.
Wkrótce nastąpił bardzo szybki przybór wody w Wiśle z powodu wzrostu spływu topniejących mas. 3 kwietnia ruszyły lody koło Warszawy zwiększając napór na wody dolnej Wisły. Tu jednak lody ruszyły dopiero 6 kwietnia i to tylko do Białej Góry.
Nogat stał (na Nogacie dopiero 13 kwietnia). Stało także drugie ramię Wisły. Na odcinku od Torunia do Tczewa wały zostały przerwane w 77 miejscach na łącznej długości 7600 m. Niektóre odcinki wałów zostały doszczętnie rozmyte. 5 kwietnia lód zniszczył drewniany most w Toruniu.
Na 774 km Wisły, czyli w pobliżu bydgoskiego Fordonu utworzył się wielki zator lodowy, który doprowadził do przerwania prawego wału Wisły w 40 miejscach na odcinku 2,6 km. Kolejny zator pojawił się na 822 km na Nizinie Chełmińskiej i 6 kwietnia przerwał wał w wielu miejscach.
W zasadzie przerwania wału szły wraz z ruszającą krą. 8 kwietnia zator utworzył się koło Białej Góry. Stan wody w Białej Górze wynosił 10,49 m ponad średni poziom morza, tj. tylko 1,2 m poniżej ówczesnej korony wałów. Lody ruszyły, ale w nocy zawiał północno-wschodni orkan, który spiętrzył wodę o dodatkowe 2,5-4 m.
W tej sytuacji musiało dojść do przelania się wody ponad koronę. Doprowadziło to do przerwania wału o 4 nad ranem dokładnie na wysokości Ptaszników i w pobliżu Giemlic. Długość wyrwy wynosiła 375 m. Wiele potencjalnych wyrw udało się opanować, ale tej nie. Obraz dolnej Wisły musiał być i straszny, i niesamowity.
Było to jedno wielkie rozlewisko, z którego wystawały czubki drzew i pojedyncze dachy domów. Ginęło bydło, zniszczeniu ulegały zapasy zimowe, pasze i całe domostwa. Niektóre wsie były zmywane w całości z powierzchni ziemi. Nie było jak się chować w domach. A to wszystko było tylko preludium do tego, co wydarzyło się w Gdańsku i na Żuławach.
W Ptsznikach 9 kwietnia 1829 r. doszło do przerwania wału i wody ruszyły na Gdańsk. Czoło fali powodziowej szło prosto na Trutnowy. Woda z Wisły wlewała się z natężeniem ok. 1300 m3/sek. I wlewała się tak do 18 kwietnia, wypełniając prawie całkowicie pojemność Żuław Gdańskich (ok. miliard m3). O 8 rano fala dotarła do Trutnowych, a pod wieczór do Gdańska. Trzeba pamiętać, że woda szła nie tylko przez Żuławy, ale również samą Wisłą z prędkością przepływu 2200m3/s (za Gdańską Głową).
Ogólnie Wisła przed Nogatem miała przepływ 10700m3/s. Za Nogatem, ale przed Szkarpawą 6800 m3/s. Nogat 3900 m3/s, a Szkarpawa 3300 m3/s. Mieszkańcy Gdańska tej nocy 9/10 kwietnia nie spali.

Powyższa mapka Jerzego Makowskiego pokazuje miejsca P1 i P2 przerwania wałów. Strzałki u góry pokazują kierunek przemieszczania się fali żuławskiej. Punkt P3 nad Wiśliną to miejsce, gdzie doszło do przerwania kolejnego wału.
Stan wody osiągnął 4,30 m ponad średni poziom morza, tj. ok. 0,96 m ponad koronę wału. To oznaczało, że doszło do pięknego i przerażającego zjawiska, podczas którego woda z rozlewiska powodziowego przelewała się poprzez koronę do Wisły, czyli do rzeki, którą w Ptasznikach opuściła, co oznaczało potężny wir. To stało się w nocy 11/12 kwietnia.
Punkt P4 to miejsce nad jeziorem Zaspa, w Brzeźnie, gdzie 13 kwietnia masy wody przerwały wydmy, by spłynąć do Bałtyku. Od jeziora do morza powstało efemeryczne koryto. Wydawać by się mogło z tego prostego schematu, że powódź ominęła Gdańsk. Nic bardziej mylnego. W mieście rozgrywała się tragedia.
W nocy z 10 na 11 kwietnia poziom wody w Gdańsku wzrósł jeszcze o 0,89 m. Okolice Motławy i Raduni były zalane aż po dachy domów, Długie Ogrody stały w wodzie o wysokości 1 m, całe Dolne Miasto kąpało się do wysokości drugiego piętra, zaś Neptun na Długim Targu został prawdziwym władcą morza wyłaniającym się z wody.
Trzeba było opróżnić dolne kondygnacje spichrzów, ale prawdziwy dramat był ze składami drewna, które spływając potężnym nurtem uszkadzały urządzenia portowe i częściowo zatopione budynki. Z wielkim wysiłkiem udało się to opanować. Na domiar złego 11 kwietnia cały dzień trwała śnieżyca. Kulminacja stanu wody osiągnięta została 11 kwietnia o godz. 17.
Na Ołowiance było to 3,36 m ponad średni poziom morza (mierzony w Amsterdamie – Morze Północne, taki był punkt odniesienia), czyli o 0,78 m wyżej niż w 1775 r. Można powiedzieć, że szczęśliwie woda znalazła ujście do Bałtyku, bo rozlałaby się jeszcze szerzej, jednak cała ta fala musiała przejść przez ówczesny Gdańsk.
Woda wdzierała się przez przerwane wały żuławskie aż do 18 kwietnia. Właściwie oprócz Wisły i Motławy, które wystąpiły z brzegów, przez Żuławy Gdańskie i miasto płynęła druga Wisła.
Obecny przepływ Wisły to ok. 1000 m3/sek. Wówczas płynęło 1300, a właściwym korytem 2200. W okolicach Płoni, gdzie powstał wir, stan wody osiągnął 4,30 m ponad średni poziom morza. Wszystkie domostwa na Stogach zostały zniszczone. 12 kwietnia ok. 20 w Wisłoujściu poleciał pierwszy dom, przez noc dalszych 17, rano 13 kwietnia kolejne 2; zostały 63, które trzeba było rozebrać. W Wisłoujściu woda sięgała 1 m, mieszkańcy schowali się w twierdzy.
Poniższy rysunek przedstawia kierunek odpływu wody powodziowej.

Główna Wisła, że tak powiem, niosła 10 razy więcej wody niż obecnie, nawet Szkarpawa 3 razy więcej niż Wisła obecnie. Strzałki na poniższym schemacie pokazują przerwany wał. Zniszczenia miasta byłyby mniejsze, gdyby dokonano większej liczby przerwań wałów wzdłuż Wisły Gdańskiej. Za brak takich decyzji urzędnicy gdańscy zostali pociągnięci do odpowiedzialności. Do tego szalał orkan od morza z prędkością 200 km/h.
Wały są zwodnicze. Chronią przed małą powodzią czy podtopieniem, przy dużej w przypadku przerwania rzucają ten żywioł w jedno miejsce. Dają także złudzenie bezpieczeństwa, bo z reguły zaraz za wałem osiedlają się ludzie. Okazuje się, że wtedy lepsze jest szerokie rozlanie się rzeki i osiedlanie się poza terenem zalewowym.
Powódź z roku 1829 zalała na Żuławach 47 wsi, tj. 340 km2 zamieszkałych przez ok. 16 700 ludzi. 11 000 straciło dach nad głową (dwie trzecie). Zginęło 30 osób i 6000 dorosłych zwierząt hodowlanych oraz cały drobny inwentarz żywy. Nie było ani jednej kury pod Gdańskiem. Przepadła pasza i żywność. Można było zapomnieć o uprawach w sezonie wiosenno-letnim, doszło do wielkiego zapiaszczenia Żuław.
Straty w ludziach byłyby większe, ale mieszkańcy Żuław z pokolenia na pokolenie przekazywali sobie wiadomość o powodzi z 1542 r., kiedy zginęło 5000 ludzi i od tamtego czasu trzymali łódki przy swoich domach. Jeszcze po ostatniej wojnie można było znaleźć domy z kółkami do mocowania łódek. Łódki musiały być trzy: jedna dla domowników, druga dla zwierząt, trzecia dla sąsiada...
Woda w Gdańsku stała dwa tygodnie. Koncertujący wówczas w Berlinie skrzypek Nicolo Paganini przeznaczył swoje dochody dla poszkodowanych – „Łzy nieszczęśliwych zostaną osuszone wtedy dopiero, gdy przenikną one do wszystkich serc”.
Całość artykułu mojej koleżanki dostępna pod linkiem:
https://www.gdanskstrefa.com/najwieksza-powodz-w-dziejach-gdanska/Zwraca ona uwagę w nim jeszcze znaki wielkiej wody i inne kwestie,np. czy możemy spać spokojnie?
Tymczasem,
jak to z tymi Żuławami drzewiej, tak naprawdę było...?
Ano przed wiekami teren Żuław porastały borylasy, stanowiące zwartą knieję. Wisła nie dochodziła do morza, tworząc rozległe, nieprzebyte bagna... Uchodziła do Zalewu, naturalnym przekopem (definicja pani Kidawy-Błońskiej) do...czasu.
Otóż wszyscy wiemy, że w górach jest mniej tlenu a na depresjach? Oczywiście... Zalega on tam w nieckach. Dobrze wiedzą o tym zmechanizowani rolnicy z Żuław, których sprzęt zasilany paliwem, zużywa go ogromne ilości ale na Żuławach - wyraźnie mniej.
I co z tym tlenem...? Ano przyszedło takie lato przed wiekami wieków, kiedy poziom Wisły wyraźnie spadł. Proces ten trwał latami. Dzisiaj o tym cisza, bo w trakcie tamtego "globalnego ocieplenia" na Żuławach zalegały ogromne ilości tlenu.
No i najdeszedł ten dzień... Pierwszej, największej znanej katastrofy w dziejach Żuław... Pierdolnął piorun.
To, co się wydarzyło obserwujemy dzisiaj w warunkach laboratoryjnych, by kontrolować proces spalenia. Wtedy takiego laboratorium przyroda nie posiadała. Cała knieja poszła z dymem w ciągu jednego dnia! Prawdziwa apokalipsa...
Na wiele lat z Żuław zniknął tlen. Przyroda się już nie odbudowała w pierwotnym jej stanie nigdy. Z czasem tlen znowu zaczął napływać a z nim Wisła rozlewać. Nie rozlewała się jednak tak, by powstrzymywać nieustające pożary. Tym razem wszelkiego rodzaju traw. Obszar wydawał się nie do zamieszkania.
Wtedy do akcji wszedeł Konrad Mazowiecki. Oni tam na Mazowszu mieli podobny problem tylko w znacznie mniejszej skali. Otóż sprowadził on na Mazowsze pierwszych strażaków. Zawód ten nie był w tamten wówczas znany. Ludzie radzili sobie w sposób spontaniczny, mało zorganizowany jednak. Niszę ten opanował niemiecki zakon. Do dzisiaj widoczna jest po nich spuścizna pod postacią znaku towarowego Pogotowia Ratunkowego.
Potocznie, z racji tego znaku nazywano ich Krzyżakami. Czemu znak ten zawłaszczyło Pogotowie a nie Straż Pożarna...? To kwestia zwykłej... korupcji ale zaraz do tego dojdziemy.
Otóż kiedy pojawili się Krzyżacy liczba pożarów na Mazowszu drastycznie spadła. To znaczy pożarów niekontrolowanycvh. Krzyżacy pełnili swoją rolę znakomicie. Fama o nich dotarła na Żuławy.
W tamtym czasie te opanowali Prusowie. Żyli oni w ciągłym strachu przed ogniem, którego bai się jak ognia. Do dzisiaj w gusłach funkcjonuje wyraz: zaprószenie ognia. Straszy się nimi dzieci, kiedy pierwszy raz chwytają zapałki do rąk.
Wraz z Wisłą na Żuławy dotarła fama o wspaniałych strażakach. Prusowie założyli więc związek Truso, taki można by napisać dzisiejszy klub sportowy i zaczęli podkupywać Mazowieckiemu zawodników. Na początku pojedyńczych, z czasem coraz więcej. Tak powstała m.in. Lechia Gdańsk. Prusowie płacili rybą i bobrami. Interes szedł a tyle dobrze, że sami Krzyżacy na początku utworzyli mały burg, nazwany potem Malbork.
Dominacja Krzyżaków rozpoczęła się, gdy wprowadzili oni powszechny zakaz palenia ale... tylko po to, by w Malborku wypromować swoją markę, znaną dzisiaj pod szyldem: Marloboro.
Krzyżacy stworzyli własną, silna pożarniczą ligę. Powstały znakomite kluby a przy nich ośrodki szkoleniowe we wspomnianym Malborku ale też w Elblągu i w Tczewie. Te trzy kluby to była liga mistrzów. Funkcjonowały też mniejsze jak wspomniany przeze mnie ośrodek krzyżacki w Grabinie Zameczek.
Ale najbardziej znane były, amatorskie (tylko z nazwy), w istocie jednak najemne, ochotnicze osady. Na wzór dzisiejszych kajakowych. Skupione były one w specjalnie do tego celu budowanych przybytkach z charakterystycznym podcieniem. Z czasem pełniły one podwójną funkcję. Główną - jako miejsce postojowe dla fur. Zwyczaj praktykowany do dzisiaj.

Druga, to funkcja ochronna, kiedy Żuławy zalane są słońcem. Nie ma się wtedy gdzie przed nim schronić a te...

...mając w czterech krzyżackie zakazy potrafi latem palić solidnie.
Zakaz palenia wspomniany, pokutuje we krwi Zuławian (spadkobierców czasów minionych) do dzisiaj. Jest to atawistyczny strach przed ogniem. Nie przed wodą, przed ogniem.
I tu zaczyna się moja historia wycieczki...
Jeżeli cofniemy się do artykułu Ani Pisarskiej, spojrzymy na pierwszą mapę p. Makowskiego, zauważymy jedno z miejsc przerwania wałów powodziowych. Miało to miejsce na wysokości wsi Trutnowy.
Otóż pojechałem tam, by na miejscu sprawdzić, jak się sprawy mają. Zlądowałem w Trutnowach.
Zaparkowałem pod znanym, krzyżackim domem...

...i poszedłem zaciągnąć języka.


Tak jest najprościej ale...

...w tym konkretnym przypadku dosiadłem Redzisława i...

...ruszyłem ku zabudowie gospodarczej.
W zabudowie owej...

...dokładniej na podwórzu...
...życie płynęło w te w wielkosobotnie popołudnie leniwie, jak wody Motławy nieopodal.
Vis a vis, po drugiej stronie brukowanej drogi i kanału melioracyjnego - boisko. Tu zapewne szkolili się przyszli strażacy, dbając o kondycję fizyczną.
Zauroczyło mnie miejsce... Podprowadzony śpiewem skowronka zaparkowałem przy malej wiacie dla kibiców.

Wiedziałem, że w tak cudnych okolicznościach pokontempluję historię.
Przywołam obraz raz jeszcze...

...obraz pereł.
I kiedy tak sobie perły delektuję, żar pod wieprzami wzniecając nagle wpada na sportowy majdan dwóch jegomościów z gatunku raczej nie szlachty wiślanej a parobków bliżej:
- Co tu kurwa palisz?!
Faktycznie, zapomniałem o żuławskiej traumie ale nie dał się ja, tym pozdrowieniem z rusztu mego rezygnować.
- A i ja waćpanom Wesołych Świąt życzę! Cieszy mnie ta spontaniczność wasza i gościnność wylewna jak niegdysiejsze powodzie. Zawsze to warto przywitać się z wędrowcem najpierw, szczególnie w Wielką Sobotę - dzień złożenia Jezusa do grobu, o zdrowie zapytać i pobyt umilić. Waszmościowie jak widzę tradycji się trzymacie godnie, zwłaszcza, że i wiek seniorski gościa docenić potraficie.
Zapraszam więc na świąteczny poczęstunek. Akurat trzy kiełbaski, więc po jednej na głowę.
Tu szczerym gestem i przyjaznym uśmiechem ów gest wykonałem...
W obu waćpanów jakby ten piorun sprzed wieków strzelił.
- Aaaa... Wzajemnie... Wesołych Świąt... Bo my tak...
Ależ proszę. Kiełbaski muszą jednakowoż jeszcze chwilę dojść.
Na to ten drugi:
- To może piwko jeszcze, bo widać skończyło się a pan szanowny pewnie chętnie...
Ależ oczywiście, takiemu zaproszeniu nie odmówię! mam nadzieję, ze nie kłopot?
- Ależ skąd! Wtóruje drugi. Może naszej białej w rewanżu pan skosztuje?
No cóż...
To taka świąteczna... bujda na resorach:D
Ale przy okazji "przewodnik" jak tu się zachować, kiedy w kogoś niepotrzebnie piorun strzeli.
P.S.
Trochę o prawdziwej historii Żuław znajdziecie tutaj (wspominana również stronka):
https://zulawy.infopl.info/region/historia-zulaw-wislanych